2012
luty
2011
maj
luty
styczeń
2010
lipiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
lipiec
maj
kwiecień
2007
październik
styczeń
2006
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec



Inspirują mnie klawisze

QWERTY. Q-W-E-R-T-Y. Ku… wu… e… er… ty… igrek…

Jak mam coś napisać, to patrzę na te klawisze, potem na ekran, znów na klawisze, na czarnym ekranie biała kartka, na czarnych klawiszach białe litery, wpatruję się mocno, coraz mocniej, potem coraz słabiej, znów mocniej i znów słabiej. Przesuwam dłonie po gładkich przyciskach, prawa dłoń od Entera do Caps Locka, lewa dłoń od Caps Locka do Entera, czasem zahaczę o spację, czasem o F7 nawet. Patrzę na klawisze, czasem któryś niechcący się wciśnie, ale zaraz uderzam w Backspace i znów biała kartka, i znów czarne klawisze.

Jeśli mam być szczera, to wcale mnie te klawisze nie inspirują. Przecież to klawisze komputera – byłoby to co najmniej głupie, gdyby mnie naprawdę inspirowały. Iwaszkiewicza pewnie inspirowało pole i zapach siana, Leśmiana inspirowała ta jego wymyślona Dziewczyna, a Jacques’a Derridę to pewnie wszystko inspirowało, kiedy już się dowiedział, że ma raka. Tak więc naprawdę głupio by wyszło, gdyby rzeczywiście inspirowały mnie klawisze. I to jeszcze od komputera.

Siedzę jednak i gładzę dłońmi te białe literki na czarnych klawiszach, żeby za chwilę napisać czarne literki na elektro-kartce. Gapię się na te klawisze i gapię i ktoś stojący obok mógłby pomyśleć, że mnie naprawdę inspirują te równe kawałki plastiku, bo tak się gapię na nie, a zaraz na ekranie płynie tekst – słowo za słowem, zdanie za zdaniem, i wygląda to tak, jakby te klawisze były moją muzą.

A to wszystko z głowy. Mnie inspiruje moja myśl. Ten moment, kiedy w tej mojej głowie wszystko, co ze sobą niepowiązane, nagle zaczyna się splatać w jakieś dziwne układy, to jest moment, po którym ekran zapełni się znaczkami w kilka krótkich minut. Palce tańczą na klawiaturze jakiś szalenie niezgrabny taniec, ale na ekranie znaczki układają się w szalenie zgrabną opowieść. Żadne tam pola i lasy mi niepotrzebne, żadna samotnia, żaden śmiech dziecka, zachodzące słońce, aromatyczna kawa, kubańskie cygara, zdjęcia rozebranych czy nawet ubranych kobiet, nawet mężczyzn, niech będzie, żadne ciekawe kształty i nieciekawe formy, żadne rzewne chmury przesuwające się po nieboskłonie, żaden uśmiech i żadna łza. Klawisze i głowa. Tylko.

Ale ćśś, nikomu nie mówcie, że to głowa, niech myślą, że inspirują mnie klawisze. To brzmi lepiej. I wobec tego Iwaszkiewicza jakoś tak sensowniej wygląda.



szewczuk. 2012-02-17 | 23:29:06
skomentuj (0)
poszłam sobie stąd

http://mszewczuk.pl

szewczuk. 2011-05-26 | 10:31:38
skomentuj (0)
opowieść, cz. III [niestety ostatnia]

Dzieci były już duże, Kot w sumie też - jak na swoje możliwości. Dziewczynka miała może 18 lat, jej brat 21. Tata już się wyprowadził z domu (sic!), mama dużo wcześniej. Rodzeństwo kochało Kota, Kot kochał rodzeństwo.

Skarpetka zaczęła chorować. Coraz mniej jadła, coraz częściej wymiotowała. Zamiast wygrzewać domowników, domownicy musieli wygrzewać Kota. Robiła się coraz chudsza, coraz słabsza.

W końcu rodzeństwo postawiło Ukochanemu Kotu niski stolik koło kaloryfera, położyło ręcznik i Skarpetka spędzała całe dnie leżąc i się grzejąc. Do kuwety trzeba było ją zanosić i odnosić. Czasem wywracała się w żwirek. Jedzenie i wodę dzieci musiały jej podtykać pod nos. Choć i tak prawie nic nie jadła.

Czasem próbowała wstać, ale po trzech krokach łapki jej się uginały i szorowała brzuchem po podłożu. Przewracała się i nie miała siły się podnieść. Wychudła tak, że leżąc wyglądała jak szkielet obsypany sierścią. I wzrok miała już smutny.

Jednego dnia tata - ten sam, który kiedyś przywiózł Skarpetkę do domu - przyjechał i zrobił sobie z Kotem pożegnalne zdjęcia. Potem Kot był w takim stanie, że zostało mu ułożone posłanie pod biurkiem dziewczynki - w pokoju bez okna - żeby Kot miał spokój.

Tam miał Kot spokój, lecz smutek też ogarniał Kota na pewno. Choć nawet na smutek Skarpetka nie miała już sił. Nie miała nawet siły, aby się podnieść na łapki. Musiała załatwiać swoje potrzeby fizjologiczne tak po prostu, leżąc, pod siebie. Nierzadko osiemnastoletnia dziewczynka wracała do domu, brała Kota całego wysmarowanego własną kupą i myła delikatnie gąbką nasączoną ciepłą wodą. Potem odkładała Kota pod biurko, głaskała i smutek ogarniał i Skarpetkę, i dziewczynkę.

Pewnego dnia, podczas spotkania z harcerzami u siebie w domu, osiemnastolatka poszła zobaczyć co ze Skarpetką. Po chwili wróciła i powiedziała: "Poczekajcie, Kot mi umarł". Zapakowała go w pudełko po butach.


Do napisania tej rzewnej historii skłoniło mnie obejrzenie zdjęć Skarpetki na komputerze. Tego ciałka obleczonego skórą. Zawsze uważałam się za twardziela w takich sprawach, nie ruszają mnie takie rzeczy - myślałam. Opowieści o umierających domowych pupilkach słuchałam ze znudzonym westchnieniem. A po obejrzeniu zdjęć umierającego Mojego Kota się popłakałam i miałam zepsuty humor przez cały dzień. Przy pisaniu tej historii miałam łzy w oczach.

Już nigdy nie chcę mieć Kota. Koty umierają. Nie godzę się na umieranie kotów. 




szewczuk. 2011-02-14 | 21:58:50
skomentuj (8)
opowieść, cz. II


...i dziewczynka, w której oczach pojawił się rozczulający dziecięcy zachwyt, wyciągnęła z torby małego kotka. Nie zastanawiała się, czy atmosfera tajemnicy powinna trwać nadal - pobiegła szybko do swojego braciszka i już od połowy pokoju krzyczała: "Zobacz co mamy!".

Miłość do Kota narodziła się natychmiastowo. Kot został najważniejszym członkiem rodziny, najważniejszym mieszkańcem domu. Mała puchowa kulka miała czarną sierść, a na nogach białe skarpetki oraz biały "krawat" pod szyją. Gdy przyszło do wybrania imienia, mama okazała się najlepszym pomysłodawcą. Kot do końca życia nazywał się Skarpetka.

Kot przez całe dzieciństwo maluchów był dla nich radością. Choć zmienianie piasku w kuwecie i karmienie o świcie były nierzadko męką, to Kot potrafił wynagrodzić wszystko. Kiedy zakochana w nim dziewczynka płakała - Skarpetka przybiegała z najdalszego kąta mieszkania i ocierała łzy swoim pyszczkiem, jakby chciała powiedzieć: "Boli mnie, jak cierpisz." Myślę, że naprawdę ją bolało.

Kiedyś w pokoju rodzeństwa układ łóżek był taki, że brat miał takie zainstalowane pod sufitem, a siostra normalne, stojące kawałek dalej. Kot zasypiał z bratem, ale w środku nocy zmieniał legowisko. Wtedy zeskakiwał z góry wprost na klatkę piersiową siostrzyczki, powodując u niej chwilowy bezdech. I odchodził Kot w swoją stronę, a dziewczynka i ta go kochała.

Po kilku latach rodzeństwo wraz z tatą przeprowadzili się do wynajmowanego mieszkania. Razem ze Skarpetką. W mieszkaniu tym był pokój zamykany na klucz, do którego dostęp miała tylko właścicielka. Właścicielka przychodziła do mieszkania zazwyczaj wtedy, gdy był tam tylko Kot. Brała coś ze swojego tajemniczego pokoju, po czym wychodziła i wyjeżdżała za granicę na kilka tygodni. Niestety, zazwyczaj zamykała Kota w tym pokoju. Na klucz. Wtedy zrozpaczone rodzeństwo razem z tatą organizowali akcję ratunkową. Trzeba było wielką rurę z tłem fotograficznym wysunąć przez okno i oprzeć ją o barierkę balkonu, który należał do Zamykanego Pokoju. Na szczęście wyjście na ten balkon było zawsze otwarte. Następnie rodzeństwo musiało wyjśc na dwór i wołać Kota.

Dwójka dzieci stojąca na chodniku i wołająca w kierunku nieba "Skarpeeeetka! Skarpeeeetka!" jest widokiem dość kuriozalnym. W końcu jednak Kot wychodził na balkon, wchodził na rurę i wczepiając się pazurami w materiał, stawiał łapke za łapką. Balansował tak kilka metrów nad ziemią, a dzieci jedynie mogły trzymać za Kota kciuki. I trzymały. I zawsze się udawało.

Kot rósł w atmosferze miłości, miał lepiej od dzieci, zawsze miał co jeść. Po paru latach dostał drugiego kota, młodszego, którym mógł się opiekować. Żyły dwa Koty - Skarpetka i Rafiki (nazywana przez Babcię "grafiti" albo "rititi", bo nie mogła zapamiętać imienia) - bardzo szczęśliwie, dzień po dniu czując ciepło.

W końcu jednak nadszeł smutny czas...




szewczuk. 2011-01-30 | 12:09:59
skomentuj (0)
opowieść, cz. I

W mieszkaniu na jednym z warszawskich osiedli mieszkało kiedyś rodzeństwo. Mieszkało z rodzicami, ale nie rodzice będą wazni w tej opowieści. Rodzeństwo zresztą też nie. Siostra miała nie więcej niż 5 lat, brat chodził już do szkoły, był dzielnym siedmiolatkiem.

Pewnego najzwyklejszego dnia braciszek najzwyczajniej w świecie odrabiał lekcje przy wieeeelkim biurku, a siostra - najzwyczajniej w świecie - biegała po mieszkaniu, zapewne z wywalonym językiem. Mama pewnie się krzątała, ale tego już nikt nie pamięta. Z pracy wrócił tata i zachowywał się dziwnie. Nie zdjął długiego skórzanego płaszcza, tylko cicho zawołał swoją córeczkę (nie chciał przeszkadzać synkowi w lekcjach) i rozsuwając suwak torby, powiedział szeptem: "A zobacz, co ja tu mam..."




szewczuk. 2011-01-26 | 23:26:56
skomentuj (1)
siła.

W minioną sobotę razem z Joanką prowadziłam urodziny dla dzieci. Maluchy w wieku 4-6 lat. Problem z takimi szkrabami polega na tym, że nie rozumieją zasad zabawy. Niemalże w każdym przypadku. Więc trzeba z nimi robić strasznie Takie-Sobie-Rzeczy.

A dzieci, jak to dzieci, w dodatku tak małe dzieci, nudzą się zabawami i mają ograniczony czas skupienia. Więc zaczynają:
a) uciekać
b) chować się
c) ryczeć
d) biec do mamy/taty
e) rozrabiać
f) random

W takich wypadkach mogę:
a) zedrzeć sobie gardło
b) wykazać się pedagogicznym podejściem opanowanym do perfekcji

Choć wolałabym zaryzykować z gardłem, to staję koło takiego Adasia (który akurat schował się pod zjeżdżalnią i bojkotuje zabawę w zgadywanie kolorów) i do znudzenia powtarzam, spokojnie: "Adasiu, to są urodziny Amelki i bawimy się wspólnie. Amelka chciałaby, aby jej goście bawili się razem z nią. Adaś, nie możemy zacząć zabawy bez ciebie" - i wiele innych tekstów z serii "Nie Będę Się Na Nich Darła, Bo Jestem Profesjonalistką".

I wiecie, co jest najlepsze? Że te dzieci, które prezentują CAŁKOWITY opór, absolutnie nie chcą dopuścić do siebie myśli, że będą robić to, co im pani każe, te dzieci, które mają zamiar swoim buntem zepsuć całą imprezę i w dodatku mają zamiar być z tego zadowolone - te dzieci po chwili spuszczają główki i wracają do kółka. I się bawią.

I to bez ani jednego mojego szarpania, wyciągania za rękę, za koszulkę. Bez ani jednego dotknięcia. Bez krzyku, bez podnoszenia głosu nawet, bez "Idę po twoją mamę", bez żadnej groźby i bez szantażowania.

To cudowne uczucie, kiedy wiesz, że masz siłę oddziaływania. I nikt mi nie powie, że "bez pasa dziecka nie wychowasz".

[Choć pewnie jak będę miała własne, to się wścieknę.]





szewczuk. 2011-01-24 | 00:19:56
skomentuj (2)
jazda.

Byłam na obozie. Jestem na obozie! całą duszą i ciałem. Coroczny obóz ma sporo pewniaków: las, woda, namioty, żarcie z wielkiego gara, komary, Joasia. A w tym roku, pierwszy raz od lat dziesięciu, nastapił brak. Nie, wody nie brakuje. Sosen też jest pod dostatkiem. zabraklo Joasi. Bo pojechałyśmy na dwa różne obozy. Ja i moja przyjaciółka. Rozdzielone!

Dowiedziałam się, że dziewczyny (moja kochana żeńska drużyna, z której się wywodzę, w której 80% dziewcząt to wielkie przytulanki) jadą na 3 dni do Torunia. Spytałam mojej komendantki, czy da mi dwudniowy urlop ("No wiesz Marta, ty tu jestes osobą, która ogarnia tych wszystkich ludzi..."), spakowałam się w mały plecak (szczoteczka do zebów, sweterek, książka) i niewiele myśląc - ruszyłam!

Wtorek. Pobudka o 6:30. Na szczęście pan z piekarni już przyjechał i biorę swoją przydziałową bułkę na drogę. Iza podwozi mnie 3 km samochodem do Mikaszówki - tu wsiadam w PKS o 7:14. Jem bułkę, jest już gorąco. W augustowie jestem po godzinie. PKS do Białegostoku mam dopiero za 3 godziny. Jest 8:19, wszystko pozamykane. Na rynku doczytuję Wysokie Obcasy, wygrzewam się. O 9:00 budzi się życie - odbieram fakturę z cukierni, kupuję bilet do Białego i zwiedzam sklepy wokół rynku. Niiiic cieeekawegoooo. Ostatnie 45 min wysiaduję na ławce dworca PKS nienawidząc słońca i przysypiając nad książką.

Wreszcie jedenasta! Wsiadam w gorący pojazd i nie tracąc czasu na bzdury - biorę się za spanie. Pod głowę podkładam sweterek, który ciągle mi się zsuwa i nie daje mi spać. Po godzinie okazało się, że minęła dopiero godzina jazdy. A jeszcze druga ma być. Jestem strasznie śpiąca.

12:49. Białystok. Nigdy tu nie byłam. Rozglądam się - jest McDonald's, jest dobrze! Witaj, cywilizacjo. Nie mam pojęcia, gdzie jest dworzec PKP, więc idę na czuja. Czuj okazał się niezły, kupuję szybko bilet (14:00 do Bydgoszczy przez Warszawę! 5h30min jazdy!) i idę szukać czegoś do jedzenia. Czas na kebsa! Jem dość dużą porcję w skrawku cienia, który nie należy do mnie, ale przecież wszyscy kradną. Ja i mój brzuch z trudem wstajemy, ale czas na nas.

Znajduję przedział, w którym mogę zająć całą jedną stronę. Jednak po chwili siada koło mnie starsza pani. Postanawiam szukać szczęścia gdzie indziej. Udaje się! Dołączam do samotnej dziewczyny, szybko zajmuję pozycję horyzontalną i mówię Morfeuszowi: "Bierz mnie tu i teraz". Wziął.

Aż do Warszawy wyleguję się leniwie, lecz w stolicy dosiadają się ludzie różnego pokroju i w moim przedziale na 8 miejsc, osiem jest zajętych. Pisofszit. Zostają 3 godziny, trzy cholerne godziny, bo wcale nie wypoczywam - jestem coraz bardziej zmęczona i coraz bardziej spocona.

Wreszcie dojeżdżam do Torunia, padnięta. Spotykam dziewczyny na moście. 19:50. Rzucają się na mnie, powyrastały wszystkie niesamowicie! Joasia jest jeszcze w sklepie, robi zakupy na kolację, dołączy do nas później, nic nie wie. Siedzimy w kempingowych domkach, dowiaduję się od kogo mogę pożyczyć: ręcznik, pastę, mydło, szampon. Piżamy też nie wzięłam. Ani śpiwora. Ani karimaty. Joasia wchodzi do domku, jest szok, jest uśmiech, jest przytulenie. Euforia może i jest, ale nie u mnie. Jechałam tu cały cholerny gorący dzień, jestem padnięta.

Jednak nie mogę pójść spać, bo Joasia wymyśliła dla swoich druhenek niespodziankę - kino! Seans (Shrek 3D) zaczyna się o 22:30. Wybornie. Cóż, poszlam, zapłaciłam. Jakieś 20 minut było spoko, potem nie wiem, bo poszłam spać. Napisy końcowe też bardzo spoko.

Wróciłyśmy i padłam. Od rana na mieście (kupuję sobie loda i pismo na drogę), potem obiad (strasznie tani) i wybieramy się na dworzec. Jadę z Kingą do Warszawy (tak właśnie, jedyna droga z Torunia do Augustowa wiedzie przez Warszawę!). Machamy dziewczynom na pożegnanie, same czekamy jeszcze 45 min i jazda. O 18:50 jestem na Zachodnim i jadę od razu odwiedzić moją maleńką siostrzyczkę. Daję jej toruńskie pierniki, oglądam nowe zabawki, jem z nią kolację, śpiewam piosenkę na dobranoc. Tata odwozi mnie do domu.

Biorę zimny prysznic, szoruję poranione stopy, pije herbę i jem toruńskie pierniki. Jestem padnięta. Nieustannie. Jutro rano mam pociąg do augustowa. Potem jeszcze rowerem do Mikaszówki, jakieś 30 km. Obym zdążyła na obiad.

Godzin w podróży (razem z jutrem): 18,5.

Godzin czekania: 5.

Nie wiem czy było warto, bo jestem padnięta. Wiem natomiast, że nie lubię miasta w lipcu, chcę już do lasu, mieć brudne kolana i chodzić w ByleCzym.



(proszę, Lempi. miłych wakacji.)




szewczuk. 2010-07-21 | 22:23:16
skomentuj (2)
what i talk about.. cycling!

po wieczornym bieganiu postanowiłam odprowadzić Joasię do domu - ja na rowerze, ona biegiem. było już późno, ale na moim liczniku było dopiero 8,5 km, a ja czułam niesmak, że nie przejechałam dziś nawet marnych 10 km. zaplanowałam więc odprowadzenie Asi i podjechanie do wpłatomatu, dwie pieczenie na jednym ogniu.

kiedy już zrobiłam, co miałam do zrobienia, a mój licznik naliczył, co miał do naliczenia (10 km stuknęło), pomyślałam, że drogę powrotną wybiorę okrężną, żeby nabić chociaż 15 km.. poza tym po prostu chciało mi się jeździć! zaczęłam jechać w stronę bemowa (serce mnie poniosło chyba) i pędziłam jak szalona. z nieba zaczęły nieśmiało spadać delikatne krople, ale nie miało to żadnego znaczenia. w Parku Moczydło zadzwoniłam do mojego ulubionego rowerzysty. podczas dziewięciominutowej rozmowy (ja stałam i mokłam) powiedział mi m.in., że wsiadł sobie wieczorem na rower i przejechał 35 km.. ja patrzę na mój licznik: 15. godzina: 23:30. zażartowałam, że w takim razie ja też muszę! i się pożegnaliśmy.

postanowiłam zacząć wracać do domu, ale.. okrężną trasą. zaczęłam jechać przed siebie zupłnie nieznanymi ulicami i ścieżkami. deszcz już nie był taki nieśmiały, ale niespecjalnie mi to przeszkadzało (błotnika jednak brak). jechałam coraz szybciej, padało coraz bardziej.

zaczęłam jechać dużymi, szybkimi ulicami. pędziłam jak szalona, woda spadała na mnie jak szalona, wyskakiwała spod moich kół i uderzała prosto w moją twarz. buty, z siateczką z przodu, przemokły. zaczęła się zabawa! kierownicy trzymałam się tak mocno, jak tylko umiałam, bo nie wiedziałam, co jest pod kałużami. właściwie jechałam ciągle rzeką. przejeżdżające koło mnie samochody fundowały mi przyjemne (sic!) chlusty.

przestał padać deszcz. zaczęła się ulewa. niebo co jakiś czas rozjaśniały błyskawice, ale grzmotów nie słyszałam. jechałam tak samo szybko, lecz nic nie widziałam. woda lecąca z nieba wpadała mi do oczu i choć mrugałam częściej, to musiałam jechać trochę na czuja. mój czuj polegał głównie na "oby dalej". kompletnie zwarowałam! przeciez jak jest takie oberwanie chmury, to się nie jeździ na rowerze. a jak się już na tym rowerze - niefortunnie - jest, to się albo czeka pod drzewem, albo szybko wraca do domu! a ja zadowolona zdobywałam kolejne metry, choć w życiu jednego od drugiego byś nie oddzielił.

dojechałam do jakiegoś końca świata i postanowiłam, że powoooli mogę zacząć wracać. jednak wszędzie tam, gdzie można było skręcić w drogę oddalającą się od domu - skręcałam w nią. nie mogłam się powstrzymać! tak strasznie chciało mi się jechać i jechać! więc jechałam, byle dalej. ulewa nie ustępowała, byłam już cała mokra. przynajmniej tak mi się wtedy wydawało, bo potem okazało się, że można jeszcze bardziej.

po północy zatrzymał się koło mnie jakiś wielki tir. wyszedł z niego mężczyzna około pięćdziesiątki i zaczął się do mnie zbliżać, pierwsza myśl: chce mi powiedzieć, że jestem głupia i zebym wracała do domu. albo zwolniła. a on: "na Ząbki to którędy dojadę?". uff. nie bardzo wiedziałam.. nie było tam żadnych drogowskazów. "prosto!" - krzyknęłam. pan pojechał zgodnie z moją wskazówką, a ja znów na czuja.

po jakimś czasie dojechałam do wisły. tam to już było kompletne szaleństwo! założę się, że z żadnego prysznica nie leci tyle wody naraz! do tego wiatr i ceimność. Wisła, w całych tych niewiarygodnych scenach, wydała mi się nadzwyczaj spokojna. ubranie miałam tak mokre, że na każdych światłach wyciskałam wodę z rękawów, bo stały się potwornie ciężkie.

już bez kombinowania wróciłam do domu. może nie spokojnie, ale na pewno bezpiecznie. była już jakaś pierwsza w nocy, wycisnęłam więc szybko ubranie, rozwiesiłam, wskoczyłam pod gorący prysznic (może wody już nie potrzebowałam, ale ta z nieba była zimna!) i położyłam się do łóżka. 42,74 km na liczniku sprawiło, że szybko zasnęłam zadowolona z siebie.


moje spostrzeżenie po tej szalonej nocnej eksploracji warszawy jest takie, że zdecydowanie wolę się ODDALAĆ od domu. jechać w nieznane. mieć świadomość, że mogę dalej i dalej. powrót jest nużący. wiem, że wkrótce nadejdzie kres przejażdżki. zaczynam jechać mięśniami, a nie radością. no cóż.. nie zawsze można tylko zbiegać z górki.




szewczuk. 2010-05-25 | 10:57:11
skomentuj (5)
what i talk about, when i talk about running.

siedząc przed komputerem (bo cóż innego można robić wieczorem, w przeddzień egzaminu z angielskiego) pomyślałam: "Powinnam pobiegać". lecz od "powinnam pobiegać" do "biegam" jest bardzo długa droga. trzeba przejść przez etapy: "chcę pobiegać","pobiegam", "dziś pobiegam", "jeszcze tylko skończę (...) i pobiegam", "dobra, pobiegam", "nie chce mi się", "idę biegać", "ubieram się w ubranie do biegania".

najgorzej u mnie z motywacją. siedziałam przy tym komputerze i walczyłam ze sobą. choć wcale nie była to ostra walka, bo myśl "warto byłoby pobiegać" szybko odrzuciłam tłumacząc się koniecznością nauki angielskiego. ale przeciez angielskiego też mi sie nie chce.. snułam przyjemną wizję wieczornego oglądania Dr Housa (właśnie zaladował mi się kolejny odcinek). ale w pewnym momencie w mojej głowie zaczęła rozgrywać się osobliwa bitwa: niewymagający i relaksujący serialik vs. bolące, acz zdrowe bieganie.

zaczęłam zbierać w głowie teksty motywujące mnie do ruszenia się z domu:
- bieganie jest zdrowe (baaardzo słabo motywujące.. może nawet wcale.)
- twój facet będzie z ciebie dumny (mocno motywujące!)
- poczujesz przyjemne zmęczenie po bieganiu (o tak!)
- kilka razy pobiegasz i twój cellulit zacznie znikać (bardzo mocno motywujące)
- po cholerę te buty kupiłaś, skoro nie biegasz?! (to chyba przekonało mnie ostatecznie)

uznałam, że po bieganiu będę dużo bardziej zadowolona z siebie niż po obejrzeniu dr Housa, więc ubrałam się w mój pro strój i wyszłam na dwór. rześkie powietrze omiotło mi twarz, włączyłam stoper i ruszyłam - że się tak wyrażę - z kopyta.

nie lubię biegać tej samej trasy choćby dwa razy. bo wiem, jak jeszcze daleko. chciałabym zawsze robić inną trasę, choćby znane ściezki, ale w drugą stronę. bieganie tej samej trasy jest nużące i wprowadza nieprzyjemną rutynę! ja muszę wybiegać godzinę, więc nieważne, którędy biegnę. ważne, żebym biegła i za godzinę była w domu. to jest strasznie fajne, jak biegnę nie wiem dokąd i co kilkanaście lub kilkadziesiąt metrów muszę zdecydować, którą ścieżkę teraz wybrać. gdzie skręcić. wtedy samo się biegnie!

dziś biegałam po pewnym parku właściwie w tę i z powrotem, choć nie tymi samymi dróżkami. w pewnym momencie (choć nie bylo to zbytnie zaskoczenie) dobiegłam do cmentarza żołnierzy NN. mają duże groby, wszystkie takie same (prostokąt trawy okolony czterema kawałkami betonu). między tymi grobami są prostopadłe do siebie ścieżynki. rząd tych grobów miał jakieś 50 m długości. zaczęłam biec wzdłuż pierwszego rzędu, potem okrążając jeden grób biegłam w drugą stronę i takim zygzakiem zaliczałam kolejne rzędy grobów. teren był całkowicie otwarty i dość jasny, ale nikogo - na szczęście - tam nie było. do czasu. biegnąc wzdłuż jednego z rzędów zauważyłam, że po drugiej stronie, na ławeczce znajdującej się tuż przy końcu cmentarzyka, usiadło sobie dwóch osobników płci męskiej. z piwkiem, no bo z czym. dobiegając do końca rzędu byłam jakieś 4 m od nich. i tak z 5 razy. i zamiast mnie to peszyć, bardziej mnie to śmieszyło! biegłam tak zadowolona w ta i z powrotem! i nawet ułożyłam sobie odpowiedź na ich zaczepkę. gdyby spytali: "tej, mądra ty jesteś? co ty robisz?", odpowiedziałabym: "na wojnie też musiałabym biegać między poległymi NN. wolę się przygotować za wczasu na tę okoliczność". niestety - nie byłam dla nich osobliwością godną wyśmiania.

dziwna rzecz. dziś, PO RAZ PIERWSZY W ŻYCIU, odczuwałam ciągłą RADOŚĆ z biegania!! niesamowite! nigdy wcześniej mi się to nie przydarzyło! wcześniej, jak biegałam, to biegałam, bo to dobre. ale bieganie nigdy nie bylo dla mnie fajne. nigdy nie było nawet spoko! moje myśli pod tytułem "bieganie jest fajne" oznaczały, że bieganie jako zjawisko jest okej, z perspektywy nieruchawej kanapowiczki. dziś poczułam, że "BIEGAĆ jest fajnie"! podczas biegu zadawałam sobie pytanie: "ej, spoko ci się biegnie?", po czym odpowiadałam: "tak! jest super! biegnę i jest mi DOBRZE!". chociaż ścięgno achillesa nieco bolało, chociaż prawa stopa mi zdrętwiała, chociaż mój odwieczny ból brzucha zaczął mi doskwierać po 40 min ruchu - biegłam dalej i czerpałam z tego RADOŚĆ.

tak mnie to wszystko ucieszyło, że nie mogłam się doczekać, aż podzielę się swoimi emocjami z moim Najwspanialszym Biegaczem. ostatnie 300 metrów przebiegłam najszybciej, jak tylko umiałam (daję słowo, że czułam się, jakbym leciała!) i gdy tylko wpadłam do mieszkania i obmyłam twarz - zadzwoniłam do Olka, by dać upust swojej euforii.


życzę sobie, żeby bieganie na stałe wpisało się do kolumny z nagłówkiem "fajne", a Dr House niech będzie opatrzony komentarzem "fajny, ale bieganie jest fajniejsze".


dobra. idę się rozciągać.




szewczuk. 2010-05-19 | 23:17:36
skomentuj (2)
upragniona naciowość.

znów będzie o jedzeniu, bo - chciał nie chciał - wokół tego jakoś kręci się nasze życie.

dziś uświadomiłam sobie, że moje dorastanie (stawanie się osobą dorosłą) przejawia się między innymi w doborze jedzenia. faktem jest, że kiedyś to rodzice zajmowali się zapewnieniem wiktu, lecz było to bardzo dawno temu. tak dawno, ze moje kubki smakowe tego nie pamiętają. później sama musiałam zapełniać lodówkę, choć 'zapełnioną' jej nigdy nie mogłam nazwać. wybierałam produkty łatwe w obsłudze. najchętniej bułki (ew. chleb krojony, baltonowski), do tego krojona szynka (jakakolwiek), krojony ser żółty (byle żółty). szczytem finezji i pomysłu był pomidor lub ogórek. produkt odświętny. obiad stanowiła zupka chińska (w te odświętne pomidorowo-pgórkowe dni chadzałam do stoiska garmażeryjnego po gotowe pierogi lub naleśniki), w lepszych momentach stołowałam się na mieście, w gorszych - wcale.

z czasem zaczęłam dostrzegać, że jedzenie jest ważne! tak właśnie. nie wydaje mi się, aby to odkrycie spadlo na mnie jak grom z jasnego nieba. chyba po prostu zaczęłam rozumieć, że skoro MUSZĘ jeść, to powinnam więcej czasu poświęcać na dobór składników codziennych posiłków. i tak zwykłe bułki zamieniłam na bułki z ziarnami lub grahamki. zamiast baltonowskiego zaczęłam kupować chleb razowy lub pełnoziarnisty. zaczęłam przyglądać się nazwom szynek, rozróżniać ich róż. doszłam też do wniosku, że są inne sery niż gouda (niesmaczny, ale jakże popularny) i edamski (najtańszy). to był pierwszy przełom, choć bez rewolucji.

z biegiem lat zaczęłam wkraczać też w taki etap, podczas którego człowiek chce się odżywiać ZDROWO. zauważyłam, że to, co jem, ma wpływ na to, jak się czuję. jeśli jem sałatki - czuję się dobrze. jeśli jem słodycze - czuję się źle. te proste zależności sprawiły, że dostrzegłam i doceniłam dział warzywa-owoce w supermarketach. i choć te pełne witamin produkty bywają drogie, to już wiem, że warto. i choć zabrzmi to dość banalnie, to jem te wszystkie roślinki, bo są smaczne i zdrowe.

z czasem jednak produkty, które mogę pokroić i poskładać ze sobą, przestały mi wystarczać. przestały mi wystarczać kanapki z serem i pomidorem na śniadanie, jabłko na drugie śniadanie. mamy tyle produktów spożywczych w sklepach, kiedyś można było o tym tylko pomarzyć! dlaczego więc nie korzystać ze wszystkich dobrodziejstw, jakie oferują nam - członkom społeczeństwa konsumpcyjnego - wszelkiej maści producenci? ja korzystam. i tak oto kupuję krzaczek świeżej bazylii. kiedyś nawet mi się to nie śniło! "czy ktoś to w ogóle kupuje? oprócz restauratorów i snobów?"- myślałam kilka lat temu. dziś szczęśliwa niosę te zielone listki do domu i z zadowoleniem stawiam na parapecie, by mogły kąpać się w słońcu i ożeźwiać delikatnym wietrzykiem.

nie lubię dwa dni pod rząd jeść tego samego. mnogość produktów, o której już mówiłam, pozwala nam na przeróżne kombinacje i eksperymenty. jakie to przykre, ze życia nie starczy, aby spróbować WSZYSTKIEGO! staram się jak mogę. przeszkodą, bardzo dużą, jest to, że kupuję jedzenie tylko dla siebie. potrzeba mi więc wszystkiego odrobinkę, a niestety nie zawsze da się tak kupić. najchętniej wybrałabym w sklepie pół takiej bułki, pół takiej, 2 plasterki takiej szynki, dwa takiej.. zmuszana jestem jednak do kupowania całych opakowań i potem muszę jeść to przez najbliższy miesiąc (staram się więc wybierać produkty, które nie psują się zbyt szybko).

lubię jeść rzeczy niecodzienne. mogą być pospolite, ale takie, których na co dzień po prostu nie jadam. dlatego potrafię chodzić między sklepowymi półkami bardzo długo - szukając inspiracji. próbuję wywęszyć coś wyjątkowego, czym będę się mogła delektować siedząc po turecku lub jakkolwiek, w sumie.

i dziś mi się udało! po pierwsze seler naciowy. król parkietu. ma piękny kolor. taka zieleń, że wiesz, że to świeże i soczyste. znacie to uczucie, które pojawia się, gdy wbijacie zęby w seler naciowy? niesamowicie przyjemne. nie jadam selera naciowego zbyt często. sama kupiłam go tylko raz w życiu (dzisiaj - drugi). miałam okazję skosztować go podczas wypadów na barek sałatkowy do pizza hut. jest moim faworytem (btw, niemal wszystko, co jest jadalne, jest moim faworytem..) - ma niesamowitą strukturę i ciekawy smak. zapragnęłam również zjeść coś mleczno-klejącego (ochota ta siedzi we mnie od dłuższego czasu), skierowałam więc swoje kroki do działu produktów dla dzieci i niemowląt. kaszki, kaszki, kaszki.. kaszkę uznałam za zbyt pospolitą (zbyt dużo ich już w życiu zjadłam), a kleikowi ryżowemu nie zaufałam (jaki to ma smak? ma w ogóle?). udałam się do działu z kaszami (dla dorosłych, choć nie trzeba pokazywac dowodu osobistego). jest!o to właśnie chodziło - kasza manna. złoty dziewiętnaście. można z wodą lub mlekiem. perfectamento. wzięłam kaszę mannę (tak własnie, mannę, nauczcie się) i jej przyjemny ciężar wywołał u mnie przyjemne uczucie. na odchodnym zatrzymałam się przy słoikach. żadne dżemy, czy miody. wręcz przeciwnie, jesli uznamy, że istnieje coś przeciwnego do dżemów i miodów. przede mną skakały rózne nazwy typu: patisony, koreczki bankietowe, kukurydza marynowana, dynia deserowa.. i ONE. szparagi. białe laseczki stojące na baczność w przezroczystej zalewie. zbyt duży ten słoik dla mnie! lecz raz kozie śmierć - pomyślałam. i kupilam szparagi. kto by pomyślał?!

nie mogę się doczekać, aż spróbuję tych - mam nadzieję - pyszności. przy misternym układaniu wszystkiego w lodówce rozbił mi się słoik ze szparagami. cóż, bywa, będą musiały odpoczywać w chłodziarce w pozycji horyzontalnej. mam nadzieję, że to nie umniejszy ich godności.



szewczuk. 2010-04-20 | 23:38:37
skomentuj (5)

contact me:

mail: marta_szewczuk@wp.pl




mszewczuk tu piszę naprawdę